czwartkowy wieczór. po urodzinach kuzyna. przed Wrocławiem jutrzejszym. bardzo zmęczona.. ale o to chodzi, chce wykorzystać ten czas, te ostatnie już (no dobra, przedostatnie) chwile wakacji maksymalnie... żebym wiedziała, że zrobiłam wszystko, żeby dobrze sie bawić.. wczoraj późno z Mężem siedzieliśmy u mojej babci z moimi kuzynami.. fajnie tak, zupełnie inaczej. i oglądaliśmy ślub mojej cioci... z 1995 roku, gdzie Comusia miała 4 latka i była królową parkietu:D
ale jest dobrze. niech będzie tak jak najdłużej. jestem szczęśliwa... od ponad 10 miesięcy jest ten Ktoś, taki mój Mąż, który jest wielgaśnym szczęściem... :*
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz